Get Adobe Flash player
Start

postheadericon Wspomnienia mieszkanki Wylowa z czasów II wojny Światowej

Ocena użytkowników: / 24
SłabyŚwietny 
Wspomnienia Anny Wilk urodzonej 18 lipca 1929 roku zam. Zaborcze 58 spisane przez  Józefę Krzak – nauczycielkę SP Wylów wraz z uczniami.

Gdy  wybuchła II wojna światowa miałam 10 lat, mieszkałam wtedy u rodziców Łucji i Andrzeja Strzepków w Wylowie. Pierwszą wzmiankę o wybuchu wojny usłyszałam od moich rodziców, którzy byli nią bardzo zatrwożeni. Pocieszali nas dzieci i siebie nawzajem, że wojna do Wylowa nie dotrze, bo tu nie ma dróg i mieszkamy w głębi lasów, to nas nie znajdą. Niestety, wkrótce we wsi pojawili się Niemcy. Na kwatery zajęli bogatsze domy, niektórzy musieli wyprowadzić się  i zamieszkać w pomieszczeniach gospodarczych.
    Ja,  jako dziecko musiałam chodzić do kuchni niemieckiej i obierać ziemniaki. Dorośli mężczyźni otrzymali przymus pracy w lesie, ci co mieli konie musieli wozić drewno z lasu na stację kolejową eskortowani przez uzbrojonych Niemców. Pracowali bez względu na pogodę. I w związku z tym wydarzyła się tragedia. Mój starszy brat Staszek wraz ze swoim kolegą Jaśkiem Dymkiem pracowali od poniedziałku do soboty w lesie wożąc drewno na „szwele”, które inni mężczyźni wykonywali w lesie. Wyjechali rano do pracy  na koniach, brat czegoś zapomniał  i wrócił się do domu, a w tym czasie jego kolega Jasiek został zastrzelony przez niemiecki patrol. Świadkowie, którzy z daleka widzieli tą scenę, opowiadali, że Niemcy wołali „halt”, by się zatrzymał. Koń poruszał się szybko, zanim go zatrzymał, to padła salwa z karabinu  i zginął na miejscu. Gdyby brat jechał  razem z nim, zginęliby obydwaj. By uczcić pamięć zastrzelonego Jaśka Dymka, jego rodzice i znajomi wybudowali w tym miejscu kapliczkę, która stoi po dziś dzień.
   Pamiętam także historię rodziny żydowskiej, która pojawiła się u nas w Wylowie zaraz na początku wojny, kiedy jeszcze do nas nie dotarli Niemcy.
   Było to młode wówczas małżeństwo, skąd przybyli to nie wiem. Schronili się gdzieś w stodole, a potem zamieszkali w lesie. Kilka razy w czasie wojny widziałam, jak po kryjomu spotykał się ten Żyd  z moim tatą. Ojciec szykował mu zawsze trochę jedzenia do worka.  Ten Żyd już  po  wojnie przyszedł do ojca i opowiedział o swojej rodzinnej tragedii. Mieszkał  w lesie w ziemiance wraz
z żoną i tam urodziło się im dziecko. Żona z dzieckiem nie wychodziła z ziemianki, tylko on co jakiś czas chodził po jedzenie do kilku gospodarzy w Wylowie. Kiedy dziecko miało już 6 miesięcy, wyszli razem po raz pierwszy na powietrze, na słońce, na małą leśną polanę. I wtedy gdzieś w pobliżu przejeżdżał patrol niemiecki z psem. Pies wyczuł ludzi, zaczął szczekać, Niemcy zaczęli ich gonić. Żona z dzieckiem uciekła do ziemianki, lecz tam doprowadził żołnierzy  pies i zginęli obydwoje od granatu. Żyd uciekł w las i dlatego przeżył. Tą historię opowiedział w moim domu rodzinnym, wszyscy płakaliśmy nad jego tragicznym losem. Po kilku dniach wyjechał gdzieś w świat i więcej o nim nie słyszeliśmy.
   Kiedy Niemcy się wycofywali i przybliżał się front rosyjski, okupant prawdopodobnie zamierzał spalić cały Wylów. W kilkunastu żołnierzy podjechali pod pierwszy z kraju wioski dom i zabudowania gospodarcze, podpalili wszystkie budynki i szopy na raz. Był to dom Marii  i Ludwika Kopaczów. Cała rodzina z dziećmi zdążyła się skryć w wybudowanej ziemiance  w pobliskich zaroślach. I widzieli oni jak palą się ich zabudowania, słyszeli kwik zwierząt, które paliły się w pożarze. Lecz nie mogli wyjść i cokolwiek uratować, bo obok stali Niemcy  i na pewno by ich zastrzelili. Do grupy żołnierzy niemieckich podjechał inny żołnierz i wszyscy bardzo szybko odjechali, co uratowało resztę wioski przed spaleniem. Zresztą było już wtedy słychać odgłosy zbliżającego się frontu.
   Moi rodzice też zbudowali taki „ bunkier” w ziemi i często chroniliśmy się w nim. Pamiętam, jak na łąkę, gdzie byłam z mamą i młodszym rodzeństwem po trawę dla bydła, spadł pocisk i wybuchł, w górę poleciała ziemia, był ogromny huk, błysk. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Pamiętam, jak mama nas tuliła i uciszała, bo bardzo płakaliśmy.  Prawie wszyscy, tak z Wylowa i Zaborcza uciekli do lasu, by przeczekać czas frontu. Tylko nieliczni zostali, by pilnować dobytku.
    Wiele by opowiadać, póki jeszcze pozostają w pamięci tamte chwile. Młodzi nie dowierzają, że można było żyć w takiej biedzie i niedostatku, w ciągłym strachu o swoje życie i najbliższych.

Zaborcze 18 października 2009 roku.

 
Archiwum

created by Arrcom.